Cytaty z książki Elżbiety Seredyńskiej





Cytaty z książkiSiostry półkrwi” Elżbiety Seredyńskiej



Podobno jedno z bliźniaków zawsze jest złe. Mogłabym to potwierdzić, gdybym tylko wiedziała, która z nas jest tą gorszą.


– Nie potrzebuję ochrony – oburzyła się.
– Potrzebujesz, przed samą sobą, udowodniłaś to już wielokrotnie.


Bliźniaczki mogą być do siebie bardzo podobne, ale gdy dzielą je rasy, normalny efekt podobieństwa bywa niewiarygodny i przerażający. Gdy wampirzyca i anielica wydają się swoimi kopiami, nie może obyć się bez efektu upiorności.


Stara się szanować kobiety (z różnych skutkiem), ale ją pragnie szanować w wyjątkowy sposób.


Ten jej żywiołowy, zbyt żywiołowy jak na anioła, temperament zdaje się żyć w sprzeczności z jej delikatnością i niewinnością we wszelkich miłosnych czułościach, w których jest tak… uroczo niedoświadczona, tak nieśmiała i zagubiona, że sumienie nie pozwala Nathanielowi dotykać w zmysłowy sposób choćby jej dłoni.


Przyjaciół wybieramy nie dlatego, iż są wyjątkowi, ale dlatego, że to oni sprawiają, iż my jesteśmy wyjątkowi.


Całuje ją gorąco i pożądliwie, a jakby gorzko. Pierwszy pocałunek powinien być słodki, ten nie jest, za dużo w nim bólu. Ale innego nie będzie.


Kobiety… Nie mogły chcieć z nieudolnymi kochankami, a z udolnymi nie mogły przestać chcieć.


Wystarczyło, że się przyłożył, a jego dotyk potrafił być magiczny. Tak magiczny, że dziewica (w dodatku anielica!) nie zachowywała się jak dziewica, ale jak stara dziwka w rękach ulubionego klienta.


Wszyscy próbowali mną manipulować. (...) Zabawne, że przyjaciół i wrogów może różnić tak niewiele…


Przykro mi, mój księżycu, że nie zdołałem uratować cię przed tobą samą.


Nie potrafię żyć… w taki sposób… Nie chcę się stać demonem bez serca.
– I mówisz to, wbijając mi sztylet w serce? – Aidan uśmiecha się blado, próbuje ukryć ból pod kpiną.


(...) droczy się z nim Aisza. Z jej najlepszym wojownikiem, z jej najpiękniejszym wojownikiem, z najwierniejszym przyjacielem. I z największym wrogiem, z największym potworem, z katem, przez którego jej serce wciąż krwawi, którego nienawidzi za to, że nie potrafi przestać go kochać mimo tego, kim jest. Demonem…


A wy wszyscy – znowu zwróciłam się do zgromadzonych – dalej pijcie, żryjcie i pieprzcie się w tym swoim cudownym mieście świętości, dopóki nie zdechniecie! Spotkamy się w piekle!


Wiedziałam nawet, co to krew. Widywałam jej rozlew, pomijając comiesięczne przypadłości.


W Amarath niemalże wszyscy mieszkańcy byli w jakiś sposób dobrze urodzeni, czy to z prawych łoży, czy z nieprawych – ale w ostatecznym rozrachunku błękitna krew to błękitna krew.


Czyli arystokracja z arystokracji, a ta zawsze najgoręcej oburzała się na wszelkie odstępstwa od norm, choć najchętniej je praktykowała.


Przed oczami stanęły mi doszczętnie zniszczone wioski, które w ostatnich dniach musiałam oglądać, licząc straty i na darmo szukając ocalonych. Kałuże krwi i rozszarpanego mięsa, smród fekaliów i cisza śmierci, i… Lód… cholerny Lód w Elizejonie. W królestwie Ognia.


Aisza odruchowo spojrzała we własne, ciemnorubinowe oczy i szczotka wypadła jej z dłoni. Właśnie dlatego rzadko patrzyła w lustro – nie chciała w nim widzieć ani siebie, ani JEJ!


Zrobię wszystko, co zechcesz, tylko mnie nie zabijaj.
– Wszystko?
– Wszystko – przyznaję żarliwie, modląc się w duchu, by tylko nie kazał mi się teraz rozebrać.


Jego mahoniowe włosy zdają się płonąć w świetle popołudniowego słońca, z trudem przedzierającego się przez gęste korony drzew.


Potężne lodowe drzwi trzasnęły głośno, a z ich brzegów odprysły kawałki lodu, kiedy Aisza jak burza wpadła do komnaty rozświetlonej bladym światłem zimowego słońca, wślizgującego się do środka przez wysokie okna z witrażami.


Uderzyłam brodą o szary, gładki kamień i przez chwilę nie rozumiałam, co się stało. Pomyślałam, że zaczynam tracić wprawę, skoro wywracam się na jakimś nieco śliskim kamyczku. Co za wstyd! Dopiero gdy chciałam się podnieść, dotarło do mnie, że to nie nogi i buty mnie zawiodły, ale intuicja…


Pieprzony deszcz wszystko psuł! A mogłoby być tak pięknie… Latające, puszyste piórka, różnokolorowe wonne kwiaty, tylko ta krew nie pasowała. I dywan martwych ciał.


Nawet na potwory można by spojrzeć inaczej, gdy są dziećmi.


Ściana deszczu. Wodnista kurtyna zasłaniająca prawdziwy świat. A może nie? Podczas bitwy wszystko wydaje się inne, zmienione, odległe. Jedynie ból przypomina o istnieniu, jedynie ból.


Chwytam wyciągniętą dłoń, najprawdopodobniej tylko dlatego, że chcę jak najszybciej umknąć przed wzrokiem swych oprawców, niedoszłych gwałcicieli. Chcę wymazać ich twarze z pamięci, ich dłonie i ich oczy, i… te obrzydliwe uśmiechy.


Pod ciężarem arcypiękna Amelii cały ogród sam musiał stać się doskonalszy, wszystkie jego bujnie rośliny napęczniały jeszcze bardziej, kwiaty zapachniały intensywniej, mieszając się ze słodką wonią wampirzycy, rozwarły szerzej swe kielichy, jakby chcąc ją podziwiać. Liście na drzewach i krzewach zaszumiały, a śnieg zalśnił jeszcze skwapliwiej, nawet sam karmazynowy księżyc wydawał się prężyć i błyszczeć z większą ochotą, jakby specjalnie dla niej.


Nie mógł wprawdzie mieć pojęcia, jak bliski jest prawdy, dopatrując się podobieństwa między różami a przedstawicielkami płci pięknej, jednak niewątpliwie udało mu się na moment uchwycić coś nieuchwytnego. Kawałek przyszłości, której nie znał. Przeczucie – znikające, nim na dobre się pojawi.


Wygląda jak typowa wampirzyca – alabastrowa, jak dla mnie chorobliwa, cera, paskudne, czerwone ślepia, włosy w tak głębokim odcieniu wiśni, jakby i w nich płynęła krew, no i oczywiście te odrażające kły.


Moja siostra wygląda równie młodo i czuje się równie staro jak ja.